„Ożeż ty, w synapsę je*ana…”.

To chyba najbardziej oryginalne przekleństwo, jakie usłyszałam na Długim Targu. Nie odnosiło się do mnie, lecz do beczki z piwem, która samowolnie porzuciła wyznaczoną trajektorię i potoczyła się w niepożądanym kierunku.

Polacy używają wulgaryzmów coraz częściej i z ochotą, lecz chyba nie za bardzo zdają sobie sprawę z tego, w jak intrygującym procesie językowym uczestniczą. Jeszcze przed stuleciem w tej części zasobu leksykalnego panowała względna równowaga pomiędzy strefą analną i genitalną, tymczasem w ostatnich dekadach XX wieku nastąpiło wyraźne przesunięcie semantyczne w kierunku strefy genitalnej czy – jak kto woli – przeskok z wiatrolubnej dziedziny gastro do mniej lub bardziej porno (i dotyczy to co najmniej dwóch rodzin wyrazów). Ciekawe… Nie wiem tylko, czy interpretować to z perspektywy socjolingwistycznej, czy też psychoanalitycznej. A może gender studies? Wszak dawne polskie koprolalie nie miały płci, w przeciwieństwie do tego, co można zaobserwować dzisiaj.

Co prawda moje prywatne obserwacje potwierdzają to, że wulgaryzmami posługują się wszyscy, niezależnie od płci, ale przyczyny tego stanu rzeczy nie są dla mnie ani jasne, ani oczywiste. Ponadto seksualizacja wyrazów o wulgarnym zabarwieniu ma wymowę antyfeministyczną, co jeszcze bardziej zaciemnia obraz tego zagadnienia.

Wspomniałam wcześniej o dwóch wyrazach oraz ich pochodnych. Pierwszy z nich to nadzwyczaj popularny czasownik pie*dolić. Mnogość jego zastosowań przyprawia o zawrót głowy, to samo dotyczy jego ekspansywności i potencjału słowotwórczego. Jeżeli komuś przypomina on pierdzenie, to nader trafnie mu się to kojarzy. A jeśli ktoś inny wskaże starego pierdołę, to również będzie miał rację. Pierdoła bowiem to człowiek, który opowiada pierdoły, krótko mówiąc – pie*doli. Niektórzy mają pierdy (wiatry, gazy) w brzuchu, inni zaś przechowują je w głowie i nie bacząc na brak zainteresowania (w drugim wypadku), ani też na wrażliwy zmysł powonienia (w tym pierwszym), pierdzą nimi na bliźnich oralnie bądź analnie. Skąd zatem przeniesienie do strefy genitalnej – w dodatku z akcentem na aktywną, dominującą rolę męską – w pierwszym (czyli najczęściej używanym) znaczeniu tego słowa? Nie wiadomo.

Z pierdzeniem łączy się historia drugiego wyrazu, który dziwnym trafem przesunął się semantycznie w stronę kobiecego łona.

Prasłowiański rdzeń pьzděti dał początek takim wyrazom, jak bździć i bździna, ale też pi*da, która początkowo wskazywała na anus, czyli to miejsce, które uwalnia bździny, wiatry, gazy czy pierdy (moja mama powiadała, że mam fiu-bździu w głowie – i zapewne miała rację; raczej nieświadome skojarzenie z wiatrem pojawia się także w zdaniu: „Ale dzisiaj piździ” – zamiast „wieje”, „duje”, jak na Podhalu, czy „kuje”, jak na Kujawach). Tak więc nasi przodkowie w tym wypadku również bardziej koncentrowali się na skatologii aniżeli na życiu płciowym. Waginę eufemistycznie nazywali sromem, czyli wstydem; obecnie jest to głównie termin medyczny, w polszczyźnie potocznej rzadko używany. Dlaczego uważam ten rzeczownik za antyfeministyczny? Ze względu na konteksty użycia, w których zamiast „nie bądź babą” coraz częściej pojawia się „nie bądź pi*dą”. Niedawno nawet usłyszałam, jak pewien człowiek zwrócił się do kilkulatka (prawdopodobnie syna): „Nie stój jak pi*da, ruszaj się”. Dość szokujące. Człowiek ten (choć można przypuszczać, że nieświadomie) posłużył się synekdochą, pars pro toto (część zamiast całości) – w swojej wypowiedzi wymienił część kobiecego ciała, mając na myśli kobietę, czy też dziewczynę (albo właśnie babę). Trudno sobie jednak wyobrazić, by powiedział: „Nie stój jak ch*j”, prawda? To bowiem pociągałoby za sobą niepożądane implikacje, z których już zapewne zdawał sobie sprawę.

Etymologia tej nazwy męskiego członka nie jest do końca oczywista. U Brücknera pod hasłem Chudy pojawia się chudziec, a także chujec, czyli chudy wieprz. Chujec widnieje także we współczesnym Słowniku języka polskiego, w jednym szeregu z knurem, kiernozem i wieprzem. Ów wieprz musiał być chudy, ponieważ jego podstawowa funkcja miała charakter, by tak rzec, priapiczny, czy też ityfalliczny (od itiphallos – wysoko stojący). Ityfalliczna jest również choinka – wyraz o tym samym rdzeniu – która w XIX wieku zastąpiła w polskich domach swojską podłaźniczkę, wieszaną pod sufitem czy powałą.

Pośród wulgaryzmów są też przymiotniki, a najpowszechniej używanym stał się chyba „zaje*isty”. Obecny nie tylko w języku potocznym, lecz także w mediach, ba, nawet na uniwersytetach, z wolna traci swe wulgarne konotacje, a przecież „je*ać” to najbardziej obrzydliwe określenie odnoszące się do aktu miłosnego.  I choć profesorowie Miodek i Bralczyk wzdrygają się ze wstrętem, kiedy o nim mówią, rodzimi użytkownicy języka ze spokojem ignorują pochodzenie tego słowa. Pewien wzburzony pracownik agencji reklamowej zwrócił się nawet do Rady Języka Polskiego, gdy klienci zakwestionowali wymyślone przezeń hasło „Chcesz mieć za…sty interes – dzwoń pod numer!”.

W pełni podzielam stanowisko RJP, ale dla porządku odnotuję, że niektóre słowa z czasem zmieniają swoje zabarwienie i zakres użycia. Na przykład kobieta dopiero w XIX wieku zastąpiła bogobojną niewiastę i roztropną białogłowę. Wcześniej było to określenie uwłaczające, obelżywe (dziś moglibyśmy nawet powiedzieć, że dyskryminujące). Rdzeń kob- odnosi się do chlewu, ponieważ obrządzanie świń należało do obowiązków kobiecych – zajmowały się tym zwykle dziewki służebne. „Kobieta” była także synonimem dziewki nierządnej, ladacznicy, krótko mówiąc – ku*wy.

Tu chyba nikt nie ma wątpliwości, że to słowo wulgarne. Kiedy przy artykulacji dźwięcznego r język zmierza ku siekaczom, a podniebienny strumień powietrza radośnie wibruje, przyprawiając cały aparat mowy o rozkoszne drżenie, łatwo można rozładować nagromadzone emocje, dając upust afektom w soczystym przekleństwie.

Łączenie tego słowa w potocznym obiegu z łacińskim przymiotnikiem curvus, curva, curvum nie znajduje żadnego potwierdzenia w badaniach. Niektórzy językoznawcy poszukują źródeł w grece: z połączenia greckiego kúrios (potężny, władczy) i staroindyjskiego śura (silny, bohater) miało jakoby powstać koúra, oznaczające kobietę dojrzałą. Ale jest jeszcze koūrus, czyli kobieta niezamężna, a stąd już blisko do angielskiego whore i niemieckiego Hure.

Większość badaczy języka skłania się jednak ku etymologii związanej z kurą, a raczej z kurem. Prasłowiański kurъ oznaczał koguta i być może to jego seksualne obyczaje wzbudziły takie skojarzenia. Gdakanie kury słychać też we francuskiej cocotte – kurce, która dała początek kokocie.

Wszechobecna dziś ku*wa istnieje w polszczyźnie od wieków. W annałach z XIV stulecia pojawia się „kurew” i „kurwie macierze syn” (syn niezamężnej matki). W piętnastowiecznych aktach sądowych zaś widnieje znamienne ostrzeżenie: „gdyby mać jego kurwą mianował, w takąż winę skazujemy ji być upadłym”.

Profesor Jadwiga Kotarska opowiadała, że w dawnej Polsce dom był przestrzenią sacrum. Nie wolno było tej świętości naruszać, więc plugawe słowa, podobnie jak broń, należało zostawić przed wejściem.

W dzisiejszym świecie takie zasady nie obowiązują, a wulgaryzmy plenią się zarówno na ulicy, jak i w domu, w przestrzeni prywatnej i publicznej. Używają ich wszyscy, niezależnie od płci, wieku czy wykształcenia. Nic dziwnego, że wulgarne gesty pojawiły się także w Sejmie.

Często słyszę, że to proces nieodwracalny, że po prostu trzeba się z tym pogodzić. Ale znakomite wystąpienie Alexandrii Ocasio-Cortez temu przeczy. Można się przeciwstawić i przypomnieć innym o czymś najbardziej podstawowym – o przyzwoitości.

*

I jeszcze profesor Jan Miodek o słowie „zajebisty”:

A to szczególny wykład, którego profesor Miodek nigdy nie wygłosił, chociaż wieść gminna mu go przypisała:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj