Wyobraźcie sobie państwo taki widoczek: planty w Orłowie, w niedużej odległości od pomnika ks. Zawackiego stoi kamień, a na nim tablica upamiętniająca gen. Józefa Hallera. Pierwsze, co przyjdzie do głowy patrzącemu, to pytanie: dlaczego? Odpowiedź może być krótka lub nieco dłuższa. Krótka to taka, że skoro stawia się w Gdyni pomniki ludzi, którzy nie mieli z nią nic wspólnego, albo byli jej wręcz niechętni, to dlaczego nie upamiętnić człowieka, który z nią miał wspólnego więcej niż inni, choć 45 lat PRL zrobiło sporo, by tę postać skutecznie zapomnieć.

Odpowiedź dłuższa to przypomnienie gen. Hallera i jego stosunku do Pomorza w ogólności, ale i do Gdyni szczególnie. Józef Haller von Hallenburg, bo tak brzmiało jego pełne nazwisko, był absolwentem austriackiej Akademii Wojskowej, oficerem cesarskiej artylerii, który odszedł z wojska w 1912 r. i zajął się tym, co było tak częste w zaborze pruskim, czyli „pracą u podstaw”. W zaborze austriackim, gdzie mieszkał, tego rodzaju działalność nie zawsze była doceniana. Być może dlatego nawiązał szybko kontakty z rodakami z Wielkopolski i Pomorza, którzy te zajęcia rozumieli i doceniali. Stawiał na młodych, wspierał szczególnie skauting. Niewielu współczesnych harcerzy wie, że krzyż harcerski, który noszą na mundurach, jest autorstwa właśnie J. Hallera, który zaprojektował go w oparciu o krzyż maltański.

Czytaj artykuły z działu Gdyńskie, arcygdyńskie

Potem przyszła wojna, legiony, wędrówka przez Rosję do Francji, gdzie szybko dogadał się z miejscowymi decydentami i zaczęło się formowanie tzw. „błękitnej armii”, czyli oddziałów złożonych z Polaków: jeńców, byłych żołnierzy armii pruskiej, także dezerterów z tej armii, Polaków ochotników z USA i in. Jak się łatwo domyślić, w jego armii był spory procent żołnierzy pochodzących z Pomorza, co miało później znaczenie dla generała, którego rozkazy i apele zawsze miały akcent nawiązujący do ziem, z których pochodzili jego żołnierze.

Haller zapisał się w naszej, wprawdzie zapomnianej, ale historii, jako ten, który jako jeden jedyny ze znaczących postaci polskich w trakcie negocjacji wersalskich oficjalnie gardłował za przyłączeniem Pomorza Gdańskiego do Polski. Pisała o tym nawet „Gazette Lausanne”. Inni polscy politycy na ogół nie zabierali głosu co do szczegółów tzw. planu Wilsona, Naczelnik Piłsudski zdawał się w tym względzie na aliantów.

Haller mówił do żołnierzy, z którymi jechał do Polski:

„… macie z Ojczyzny wyrzucić ostatnich wrogów celem ostatecznego wywalczenia całej, zjednoczonej, niepodległej Polski z własnym wybrzeżem morskim i z polskim portem w Gdańsku” – tak mówił 19 kwietnia 1919 r., jeszcze przed podpisaniem traktatu wersalskiego.

Z tego samego powodu nalegał na powrót drogą morską przez Gdańsk, co, jak wiadomo, udało się tylko częściowo, ale, jak przewidział, dla rodaków w kraju było czymś w rodzaju symbolu określającego zasięg terytorialny odrodzonego państwa. Mówiły o tym wydawane w kraju ulotki.

Nic więc dziwnego, że po decyzji wielkich mocarstw, to on został dowódcą tzw. Frontu Pomorskiego, który miał od stycznia 1920 r. przejmować we władanie polskie Pomorze. Wszyscy wiedzą o zaślubinach w Pucku, o wizycie jego żołnierzy w Gdyni 13 lutego 1920 r. Nieco mniej osób wie, że na tym pomorska przygoda generała się nie skończyła. Okazało się, że szybko porozumiewa się z „tutejszymi”, że mają wiele wspólnych poglądów na wiele spraw itd. Bardzo szybko zaprzyjaźnił się m.in. z właścicielem Kolibek Kukowskim i nie była to tylko znajomość czysto towarzyska.

Obaj panowie zaangażowali się w działalność społeczną, na początek starając się zainteresować szczególnie polską młodzież tematyką morską. Kukowski oddawał należące do niego łąki na potrzeby obozów żeglarskich, Haller organizował sprzęt i wyposażenie, korzystając ze swoich możliwości w wojsku.

Przyszła kolejna wojna, tym razem z bolszewikami. Odezwa Hallera do Kaszubów nie pozostawia wątpliwości co do jego stosunku do Pomorza, a i pisana jest językiem, którego argumentacja trafiała do miejscowych.

Po wojnie bolszewickiej nic się nie zmieniło. Ściągał na Pomorze notabli z Warszawy, przekonując ich do konieczności zajęcia się sprawami polskiego wybrzeża. Współpracował w tym względzie m.in. z wojewodą Łaszewskim.

Nadal organizowali z Kukowskim obozy dla młodzieży, tak akademickiej jak i licealnej, które zyskały sobie sporą popularność w Polsce. Na wiosnę 1926 r. podjął decyzję, że przenosi się nad morze na stałe. Kupił działkę budowlaną od p. Kukowskiego i zamierzał zbudować tu sobie dom.

Data niepewna, bo inne gazety podają 25 marca jako dzień, w którym dokonana została transakcja, ale fakt pozostaje faktem.


Przy okazji: pozostaje zagadką, gdzie ta działka była położona, w sądzie w Gdyni nie potrafiono mi pomóc w tym względzie, ponieważ nieznany mi jest jej numer, co ponoć uniemożliwia poszukiwania. Gdyby ktoś z czytelników znał jakiś sposób jej odnalezienia, rozwiązalibyśmy kolejną, może drobną, ale ciekawostkę historyczną.

Niestety, to był rok 1926, w maju Piłsudski dokonał zamachu stanu, gen. Haller, jako stojący na gruncie poszanowania prawa, sprzeciwił się poczynaniom marszałka, co skutkowało odsunięciem go od armii, stanowisk i wpływów. Ostatecznie więc domu nad morzem nie zbudował, choć tak mało brakowało. Bywał jednak w Gdyni chętnie, wykorzystując do tego każdą okazję. Na zdjęciu pod Kamienną Górą z księdzem Dąbrowskim.

Na co dzień gdynianie mogli spotykać za to kanonierkę nazwaną imieniem Hallera.

Oczywiście, wszystko co powyżej, to wielki skrót tego co o Hallerze i jego związkach z Gdynią moglibyśmy opowiedzieć. Gdyby ktoś nadal pytał o hipotetyczną tablicę na orłowskich plantach, odpowiedź mogłaby być naprawdę bardzo długa. Józef Haller – prawie gdynianin.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj