Co nam zostało po liberalizmie?

W kolebce liberalnej myśli

Czy ktoś jeszcze pamięta pierwsze numery „Przeglądu Politycznego”? Pierwszy zeszyt ukazał się w roku 1983, a przygotowali go Donald Tusk i Wojciech Duda. Młodzi ludzie zbierali się w prywatnym mieszkaniu w starej kamienicy, sączyli wino (można przypuszczać, że niezbyt dobre) i żywo dyskutowali o świecie – o tym, jaki jest, a jaki powinien być. Dla wielu były to lata dość ponure, lecz może zawsze koniec jakiegoś świata rysuje się w ciemnych barwach.

W zasadach ustrojowych PRL oczywiście próżno szukać myśli liberalnej. Chyba jedynym jej orędownikiem był wówczas Stefan Kisielewski. Niektórzy wskazują też Korwina, ale jego pisanie od początku miało pewien rys populistyczny.

W latach osiemdziesiątych niezgoda na system, który poprzez interwencjonizm państwowy, centralne sterowanie i rozbudowany aparat opresji i represji odbierał ludziom wolność we wszystkich dziedzinach życia, była niemal powszechna. Trudno się dziwić, że poszukiwano nowych rozwiązań, a jednym z nich był liberalizm.

Dzisiaj z liberałami jest pewien kłopot. Nie chodzi o to, że są, ale nie zawsze wiadomo, kim są. Jakkolwiek liber po łacinie oznacza „wolny” i wszyscy liberałowie do wolności się odwołują, to niełatwo zgadnąć, jaką wolność mają na myśli. Może powinni się przedstawiać, dodając znak plus albo minus?

Minus oznacza wolność negatywną. Nie ma w tym nic złego, skądże znowu. Chodzi po prostu o wolność „od”, tu: wolność od przymusu. O takiej wolności mówi Leszek Balcerowicz, niestrudzony propagator nieskrępowanej wolności gospodarczej. Żadnych ograniczeń, żadnych interwencji państwa, pełna swoboda, laissez faire. Nie dodaje tylko, że czasem wolności w podejmowaniu działań o charakterze ekonomicznym towarzyszy dyktatura – i jedna drugiej wcale nie przeszkadza.

Ta postać liberalizmu – zwana też neoliberalizmem bądź liberalizmem ekonomicznym – zakłada, że człowiek działa przede wszystkim we własnym interesie. I takie właśnie założenie silnie przemawia do tych, którzy widzą świat jako dżunglę, miejsce, gdzie ktoś musi przegrać, aby wygrać mógł ktoś. A wygrywają zwykle najsilniejsi.

Spójrzmy zatem na plus, czyli wolność pozytywną, wolność „do”. To przede wszystkim wolność wyborów, reprezentacji, a w konsekwencji – możliwość wywierania wpływu na demokratycznie wybrane władze.

Ponadto wolność pozytywna to taka, która każdemu daje szansę realizacji życiowego potencjału. Aby jednak naprawdę wszyscy taką szansę otrzymali, trzeba by było dokonać pewnego przesunięcia: z nastawienia egocentrycznego (działanie wyłącznie dla własnego dobra) w kierunku prospołecznym (działanie dla dobra wspólnego, a zarazem we własnym interesie). Wówczas mogłoby się okazać, że nie tylko jednostka jest wartością, lecz także wspólnota, do której owa jednostka należy. Współpraca bowiem w długiej perspektywie przynosi więcej korzyści niż rywalizacja. Niestety, zasady tej współpracy trzeba najpierw wspólnie wypracować, a to niełatwe zadanie, zwłaszcza gdy ci, którzy są silniejsi, nie mają ochoty się dzielić.

Dużo prościej jest pewnie liberałom światopoglądowym – tym, którzy wyrażają sprzeciw, gdy państwo ogranicza prawa kobiet, osób nieheteronormatywnych czy jakichkolwiek grup mniejszościowych. Przekonanie, że każdy ma prawo być tym, kim jest, koresponduje zresztą z konstytucyjnym zapisem o równości wszystkich obywateli.

To bardzo dobrze, gdy każdy może pozostać tym, kim jest. Ale byłoby lepiej, gdyby każdy mógł stać się tym, kim chciałby i mógłby być. A do tego samo przyzwolenie nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze troska o drugiego człowieka, zwłaszcza gdy ten drugi jest słabszy.

Na zakończenie powrócę jeszcze do tych liberałów, którzy reformowali Polskę po roku 1989. Spodziewali się zapewne, że ludzie po odzyskaniu niepodległości wezmą odpowiedzialność za siebie i za swój kraj, że uruchomią uśpione pokłady swojej przedsiębiorczości i zaradności, że będą z radością i zapałem budować i bogacić się w pogoni za Europą. Ale coś chyba poszło nie tak… Może zbyt dużo było w tym wiary w ludzką racjonalność? To częsty grzech ekonomistów klasycznych. Do mnie ostatnio bardziej przemawia ekonomia behawioralna, która przygląda się temu, jak ludzie naprawdę się zachowują, a nie temu, jak zachowywać się powinni – i w której człowiek jawi się jako istota cudownie irracjonalna.

Źródła:

Twórcą dwóch koncepcji wolności: negatywnej i pozytywnej, był Isaiah Berlin, filozof i historyk idei, a jego esej pod tym właśnie tytułem – Dwie koncepcje wolności – uznaje się za jeden z najważniejszych tekstów we współczesnej filozofii politycznej.

Ekonomię behawioralną poznałam dzięki Danowi Ariely’emu, który objaśnia ją nie tylko na kanale YouTube, lecz także w swoich pełnych humoru i błyskotliwych książkach, na przykład w Potędze irracjonalności.

Kwestie ideologiczne natomiast zaczęłam sobie porządkować w głowie podczas lektury Rozczarowania demokracją Janusza Reykowskiego. A kiedy czytam tę książkę – która ukaże się niebawem w sopockim wydawnictwie Smak Słowa – zaczynam dostrzegać różnicę pomiędzy tym, co wiedzą ekonomiści, a tym, w co jedynie wierzą. Okazuje się, że ani toga profesorska, ani też długi staż w polityce nie daje wystarczającej ochrony przed siłą własnych przekonań.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj